piątek, 17 czerwca 2011

Moje trzecie spotkanie z Tarotem

To był Tarot Marsylski. A właściwie jest, bo wciąż go mam. Talia wraz z książką Heleny Starowieyskiej. Wydawnictwo HSJ 1996 r.
Nie mam pojęcia skąd mam tę książkę i talię, zwyczajnie nie pamiętam...
Może od kogoś dostałam, może kupiłam... Mam ją od bardzo dawna, myślę, że od tego roku 1996, w którym została wydana. A może rok później... Nie wiem...
W 1997 roku dużo się w moim życiu działo, wyszłam za mąż, urodziłam syna...
Ale skąd się wzięła u mnie ta książka i talia - nie wiem...
Z kartami się oswoiłam, książkę przeczytałam...
Jednak jakoś nie do końca te karty do mnie przemawiały.
Na czas jakiś skupiłam się tylko na Wielkich Arkanach.
Te zdołałam jakoś opanować, jednak Małe - ni hu hu.
Wyglądało to tak, że wróżyłam znajomym albo tylko z Arkan Wielkich, albo posiłkowałam się cały czas książką, jeśli decydowaliśmy się na całą talię. Teraz, gdy znam już inne odmiany kart i inne opracowania - widzę, że znaczenia podawane w książce Starowieyskiej są diametralnie różne. Jakieś takie zagmatwane, dziwne...
Niemożność dogadania się z kartami spowodowała, iż wrzuciłam je gdzieś w kąt. Czasem wyciągałam, jak ktoś bardzo nalegał i wróżyłam. Ale zawsze z książką pod ręką. Nie było to zbyt profesjonalne.
Kilka razy próbowałam do Tarota wracać, czytać, uczyć się od nowa... Nie wchodziło... Nijak wiedza nie chciała się przyswoić... Wróżby posiłkowane książką były nadzwyczaj trafne. Jakoś jednak nie przywiązywałam do tego wagi...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz