środa, 13 lipca 2011

Moje czwarte spotkanie z Tarotem

Spotykałam się z nim regularnie w miarę... U zaprzyjaźnionej Wróżki. Była przyjaciółką mojej mamy. Stawiając mi karty mówiła do mnie tak, jakbym doskonale wiedziała o co chodzi... Przykładowo:
"Nie widzisz, że masz tu Koło Fortuny? No - to już wiesz co robić, a czego nie" albo pokazując na którąś z kart dworskich: "Widzisz tę kobietę - to ona tutaj mąci - Ty wiesz kto to jest i jak to rozwiązać". Czasem wiedziałam, czasem nie... Wracałam do domu, brałam swoją nielubianą książkę o Tarocie Marsylskim i czytałam znaczenia kart...
Przy którymś spotkaniu Pani Wróżka stwierdziła, że sama sobie powinnam wróżyć.
- Po co ty do mnie dziewczyno przychodzisz? - pytała - Przecież odpowiedź jest już w tobie, wiesz doskonale co robić. Jeśli zaś chodzi o karty - masz o wiele większy potencjał niż ja...
Śmiałam się z jej gadania i zaprzeczałam. Ona naciskała...
- Dla samej siebie sobie rozkładaj, przyglądaj się kartom, medytuj z nimi... Nie musisz od razu stawiać ludziom, czy robić tego zarobkowo, dla siebie samej to rób....
Przyglądałam się więc swojemu marsylskiemu i próbowałam coś tam rozkładać... Dlaczego nie pomyślałam o innej talii? Nie wiem. Nie mam pojęcia. Może nie brałam tego poważnie? Może absorbowały mnie inne sprawy? A może zwyczajnie - nie był to jeszcze ten czas?
Jakieś 7-10 lat temu stawiałam karty przyjaciółce. Z książką oczywiście... Wyszedł totalny kosmos. Wg kart jej życie miało się zmienić o 180 stopni. Z luzackiej, pewnej siebie dziewczyny - miała stać się Matką Polką, by nie rzec kurą domową... Dodam, że moja przyjaciółka miała już wtedy za sobą nieudane małżeństwo, prawie dorosłą córkę i pewność, że nie wyjdzie za mąż po raz drugi... Przed sobą miała wspaniale rozwijającą się karierę zawodową, która sprawiała jej mnóstwo satysfakcji. Dzieci? Nigdy w życiu. W sumie ona nigdy nie przepadała za dziećmi. Córkę kochała bardzo, lecz, gdyby się jej ona nie przytrafiła, pewnie nie miałaby dzieci wcale... Cieszyła się, że młoda jest już taka duża i nie wymaga opieki. Kupy, pampersy, przecieranie zupek, płacze po nocach, nieprzespane noce? Za nic w świecie! Facet na stałe kręcący się po domu, marudzący, przeszkadzający? Na co to komu.... Karty jednak pokazały coś całkiem innego... Śmiałyśmy się do rozpuku. Tarot Marsylski jako narzędzie kompletnie nieprzydatne i nie mówiące prawdy został na długie lata rzucony w kąt...
Dziś moja przyjaciółka jest szczęśliwą mężatką z dwojgiem malutkich dzieci - córką i synkiem. Nie licząc pierworodnej dorosłej oczywiście :) Zrezygnowała z kariery na rzecz zajmowania się dziećmi...
Jakiś czas temu przypomniała mi tę wróżbę... Poczułam dreszcz....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz